Zarejestruj się

ten + 9 =

Hasło zostanie wysłane na twojego e-maila.

Tendencyjny, ale najprawdziwszy wpis

Zapraszam do wpisu, którego autorem tak naprawdę nie jestem. Temat rozwinął się z rozmów na Skype o tym, jak wygląda styl prowadzenia zajęć na uczelni wyższej w Polsce i Grecji. Chyba jeszcze żaden wpis nie był tak tendencyjny jak ten. Aśka czasami wręcz miażdży polskie szkolnictwo.  Obecnie startuje z projektem, który przyjął nazwę Homoturisticus.pl. Zapraszam do lektury, która jest najdłuższą w dotychczasowej historii bloga Nieobiektywny.pl. Poniżej we wpisie zobaczysz drastyczne jak cywilizowany kraj zdjęcia wnętrz greckiej uczelni. Jednak nie oceniaj „książki” po okładce, póki nie poznasz jej wnętrza.

Jesteś studentką kierunku turystyka i rekreacja, co skłoniło Cię do takiego wyboru?

Oczywiście zainteresowania. Dokonałam świadomego wyboru, wiedziałam, z czym się zmierzam. Pomimo tego, że wiele osób jeszcze zanim podjęłam studia krytykowało mój wybór i próbowało mi narzucić swoje wizje, nie ugięłam się. Po prostu nie wyobrażałam sobie sytuacji, że męczę się na jakichś studiach, które mnie kompletnie nie interesują tylko po to, żeby do końca życia dalej męczyć siebie (i przy okazji innych) w zupełnie obcym mi zawodzie. Nie. W liceum zamarzyłam zostać pilotem wycieczek. I obiecałam sobie, że nim zostanę. Choć wiedziałam, że do tego nie potrzebuję akurat studiów, to jednak chciałam nauczyć się podstaw, rzeczy najprostszych, najbardziej banalnych. I nie żałuję, że to zrobiłam.

Czy studenci tego kierunku świadomie wybierają tę drogę, czy może znaczny odsetek stanowią jednak osoby z przypadku?

Jak na każdym kierunku są studenci z pasją, którzy od początku wiedzą, czego chcą i po co wybrali te studia. Są też osoby, które dopiero z czasem wciągają się w omawiane zagadnienia. Ale nie ukrywajmy, większość studentów turystyki to osoby z przypadku.

Lubię spędzać wakacje w hotelach – turystyka to kierunek dla mnie!

Na turystyce się nic nie robi, będzie wielka impreza.

Nie dostałem się na inny kierunek… Przeczekam na turystyce.

Rodzice powiedzieli, że jak nie pójdę na studia, to przestaną mnie utrzymywać. Wybrałam pierwszy z brzegu kierunek.

Chciałem iść na wychowanie fizyczne, ale na turystyce będzie łatwiej, a dyplom ukończenia AWFu i tak dostanę.

Zasadniczo na każdym kierunku możesz nic nie robić, przejechać przez wszystkie lata na poprawkach i skończyć studia z piekną średnią 3.0. Brawo, jesteś takim bohaterem… Najsłabsze jednostki odpadają najczęściej na pierwszym roku, zetknięcie z anatomią, ekonomią, a czasem i psychologią burzy całą ich wizję nicnierobienia na studiach. A jeszcze jak okazuje się, że turystyka to coś zupełnie innego niż sobie wyobrażali, tak tyle. Pozamiatane. Może to i lepiej.

Najwytrwalsi jednak zostają do końca.

Pracowałaś już w branży turystycznej. Czy wiedza i umiejętności wyniesione z uczelni mają przełożenie praktyczne?

Nie. Po pierwsze ciągle tylko teoria i teoria, mało który wykładowca jest na tyle kreatywny, żeby wprowadzić element praktyczności na zajęciach. No dobra, mamy obozy, jakaś tam wycieczka albo dwie się trafią i tyle. Nawet sami tego nie organizujemy, tylko wszystko dostajemy podane na talerzu. Uczymy się w teorii, co pilot powinien zrobić w takiej i takiej sytuacji, a nigdy nie stajemy przed prawdziwą grupą turystów. Uczymy się o dokumentach, a nie mamy do nich dostępu. Style architektoniczne omawiamy na obrazkach, zamiast w terenie. To samo z krajoznawstwem, geografią turystyczną czy regionami turystycznymi. Uczymy się wymiarów łóżek w hotelach o różnych kategoriach, ale nie wiemy, jak zrobić check-in i za pomocą jakiego systemu (a w ogóle co to jakiś tam system?).

Po niezwykle twórczym kursie opiekuna placówek wypoczynku organizowanym na uczelni stajesz przed kolonistami i nie wiesz, jak masz do nich mówić i co w ogóle z nimi robić. A, i podobno jakieś dokumenty są, dziennik czy coś? Kurde, na kursie tylko coś wspomnieli… Pilotujesz grupę, upał, 40 stopni, a wam na środku autostrady psuje się autokar. I co teraz? Wyciągniesz notatki z zajęć i zaczniesz wertować je w poszukiwaniu działu „sytuacje awaryjne w pracy pilota”?

I wiesz, podejmujesz pracę z przeświadczeniem, że wszystko umiesz, bo przecież uczyłeś się tego na studiach i co? Okazuje się, że nie wiesz nic, albo, co gorsza, że rzeczywistość nijak się ma do tych regułek, które musiałeś tak zawzięcie kuć przez te lata. I cała twoja wizja świata w ciągu ułamka sekundy pęka niczym bańka mydlana.

Czego w takim razie najbardziej brakuje?

Jak już powiedziałam – praktyki. Książkę z regułkami mogę czytać w domu, od zajęć wymagam czegoś więcej. Jeśli jednak połowa wykładów wygląda tak, że prowadzący czyta nam swoje slajdy, a my przepisujemy je do zeszytów, to odechciewa się chcieć. Na ćwiczeniach zaś to my wykazujemy się kreatywnością, robiąc prezentacje, na które i tak prawie nikt poza prowadzącym nie zwraca uwagi. I co z tego mamy? Po studiach otrzymujemy nowego „skilla” i zostajemy mistrzami power pointa! No i to chyba byłoby na tyle.

Czyli wykładowcy także mają swój negatywny wpływ na poziom przekazywanej wiedzy i umiejętności?

Oczywiście że tak. Wykładowca powinien emanować entuzjazmem, zarażać pasją, a nie traktować studentów jak zło konieczne. Ale kiedy przychodzi na zajęcia i prowadzi je, jakby był tam za karę, niech nie oczekuje zaangażowania od studentów. Żeby coś otrzymać w zamian, najpierw trzeba dać coś od siebie.

Studiujesz w trybie dziennym, pracujesz, po co Ci jeszcze Erasmus? Mało masz na głowie?

Zawsze mi mało. A tak na serio to wiesz, nic nie przychodzi ot, tak. Nie możesz stać w miejscu, bo otoczenie za szybko się zmienia. Czasem trzeba zaryzykować, otworzyć się na świat. Erasmus to wielkie wyzwanie – język, nauka, kultura, obcy kraj, przez kilka miesięcy na wygnaniu jesteś zdany sam na siebie. Dla mnie Erasmus to nowa destynacja. Przez 4 miesiące mam szansę poznać Grecję i jej kulturę, podszkolić umiejętności językowe. Co zobaczę, to moje i nikt mi tego nie odbierze. A to, co tu zobaczyłam i czego się nauczyłam przyda się w pracy zawodowej. Już mam pomysły na to, jak tę wiedzę wykorzystać. Poza tym chyba sam wiesz, jak dobrze jest czasem zostawić wszystko za sobą i zacząć od zera. Nie zapominajmy jednak, że Erasmus to zagraniczne studia, i to właśnie one odgrywają w tym wszystkim najważniejszą rolę.

Czy zauważyłaś jakieś różnice w funkcjonowaniu greckiej i polskiej uczelni?

Oczywiście, różnic jest wiele, pamiętasz, pisałam kiedyś o tym i wywołało to wielkie poruszenie wśród moich znajomych. Sama uczelnia jako budynek nie zachęca, wręcz odstrasza. Wszystko wymaga remontu (no ale niestety mamy kryzys), tynk sypie się ze ścian, śmieci walają się po korytarzach, przy tych śmieciach zaś studenci dla zabicia czasu między zajęciami palą papierosy, w międzyczasie bawiąc się z bezpańskimi psami spacerującymi od ławki do ławki. Przerażające, co nie? Na tle naszych pięknych, błyszczących i odremontowanych budynków dydaktycznych grecka uczelnia to jakaś rudera.

Nie to jest jednak ważne. Moja (tak, nie wstydzę się tego powiedzieć) grecka uczelnia ma duszę. Co ja bredzę? Otóż duszą tej uczelni jest pasja, która połączyła studentów i wykładowców. Pozostańmy przy turystyce. Zajęcia – tylko praktyczne. Cywilizacja i turystyka grecka to wycieczki po różnych obiektach w mieście, uzupełnione wykładami w pięknych okolicznościach, gdzie historii możemy dosłownie dotknąć. Zarządzanie hotelem oraz kanały dystrybucyjne w turystyce to zajęcia na systemach rezerwacyjnych. Ciekawe, że musiałam wyjechać do ogarniętej kryzysem Grecji, żeby poprcować na systemach, na które polskie „wypasione” uczelnie nie stać. Tańce greckie –to oczywiście tańce połączone z integracją międzynarodową (i międzykulturową). O zajęciach z greckiego chyba już nie muszę mówić. Wykładowcy są zawsze dla nas, udzielają wszystkich informacji, doradzają w trudnych sytuacjach, wysyłają nam maile z informacjami na temat zajęć czy ważnych wydarzeń w mieście (np. międzynarodowe targi turystyczne Philoxenia) wraz z zaproszeniem umożliwiającym darmowe wejście. Jako studenci mamy tutaj pewną dowolność w wielu kwestiach co, jak zauważyłam, przynosi znacznie lepsze efekty niż przymus i sprawdzanie listy obecności przy każdej możliwej okazji. Tutaj priorytety są troszkę inne, jednak na taki efekt pracuje się latami i nie da się wszystkiego zmienić jak za dotknięciem magicznej różdżki. Na zajęcia czeka się z niecierpliwością, bo panuje na nich tak świetna atmosfera, że zaczynasz tęsknić za wykładowcą, jego opowieściami, tą konkretną salą, która przywołuje wspomnienia… Kurczę, fajne to.

Czy zatem w Polsce tego nie ma?

Szczerze? Mogę na palcach jednej ręki policzyć wykładowców, którzy potrafili zainteresować tym, co mają do przekazania, ludzi z pasją, pracujących w odpowiednim miejscu. To trochę za mało…

Wiesz, interesuje mnie jedna rzecz. Powiedz, czy stereotyp ciągle imprezującego studenta Erasmusa potwierdza się?

A zacznijmy od tego czy studenci nie-Erasmusi nie imprezują? Oczywiście że imprezują! Nie róbmy podziałów w stylu Erasmusi balują, nie-Erasmusi zakuwają, bo to bajka wyssana z palca.

Myślę że każdy przed Erasmusem założył sobie pewne cele, które chce zrealizować. Jedni nastawili się na podróżowanie, inni na naukę języków, jeszcze inni na poznanie setek ludzi z całego świata, są też tacy, którzy postanowili skupić się na „uczelnianej” nauce. I tak, są tacy, którzy za wszelką cenę chcą być fajni, spędzają każdą noc w klubach i barach, imprezują do upadłego przepijając bajońskie sumy i rzadko trzeźwiejąc. Każdy sam wybiera sobie swoją drogę.

Ale czy w Polsce jest inaczej? Nie powiedziałabym. Każdy ma swój rozum, tylko używa go w inny sposób. Zawsze jest czas i na obowiązki, i na przyjemności oraz rozrywkę, trzeba tylko znaleźć złoty środek. Jeżeli wyjazd na Erasmusa traktujesz jak jedną wielką imprezę – proszę bardzo. Pamiętaj jednak, że na Erasmusie też jest sesja, trzeba zdawać egzaminy (a to Ci niespodzianka!), a co najciekawsze – w końcu musisz wrócić na swoją uczelnię macierzystą. Jeżeli zmarnujesz swoją szansę – Twój problem. Nie miej tylko potem pretensji do innych. Możesz mieć je wyłącznie do samego siebie.

Czego oczekiwałaś po udziale w programie?

W moim przypadku najważniejszym celem była praktyczna nauka angielskiego. Już teraz mogę powiedzieć, że widzę swoje postępy i jestem bardzo zadowolona, wiem jednak, że przede mną jeszcze długa droga. Kolejny cel to jak najlepsze poznanie Grecji, by tę wiedzę móc wykorzystać w pracy zawodowej. Co więcej? Poznanie nowych ludzi z całego świata, grecki, kultura i podróżowanie to taki standard raczej. Bardziej zależało mi na całkowitej zmianie otoczenia, odcięcia się od wszystkiego i wszystkich, nabrania dystansu do świata, może takiego rzucenia się na głęboką wodę wręcz. I nie żałuję, że zdecydowałam się na ten krok.

Czy miałaś obawy w związki z kilkumiesięcznym wyjazdem z Polski?

Oczywiście że miałam, i to ogromne. Pierwszą kwestią był kilkakrotnie już przywoływany język. Co innego robić ćwiczenia z podręcznika i uczyć się słówek na pamięć, a co innego wylądować za granicą i być zdanym tylko i wyłącznie na komunikację w języku obcym. To, czy i jak się dogadasz zależy tylko od Twojego poziomu znajomości języka i przełamania barier.

Kolejną sprawą pozostają oczywiście kwestie formalne, bo ciągle mam świadomość, że po powrocie do Polski muszę zaliczyć zaległy semestr. Trochę to dziwne, bo przecież idea programu Erasmus jest zgoła inna. Wyjeżdżasz na studia za granicę na semestr lub dwa, zdajesz wszystkie egzaminy, otrzymujesz tak wyczekiwane punkty ECTS, wracasz i automatycznie masz zaliczony semestr na uczelni w Polsce. A tu niespodzianka, po powrocie masz kolejny „challenge” – zaliczyć 2 semestry w ciągu trwania jednego. Coś chyba poszło nie tak. Ale kwestie organizacyjno-formalne tutaj to temat rzeka. A miałam się skupić na innych kwestiach.

Największe obawy wywołały wieści o problemie uchodźców w Europie, które to nasiliły się przed samym moim wyjazdem. Grecja, kraj, który nie radzi sobie z własnymi problemami, staje się celem, do którego zmierzają hordy uchodźców z Bliskiego Wschodu próbujący przedostać się dalej do Europy Zachodniej. Co więcej, zamknięte granice na Węgrzech i w Serbii, do tego dorzućmy grecki kryzys i nagle bajka zamienia się w przerażającą historię. Na krótko pojawiła się myśl o rezygnacji z wyjazdu, ale na szczęście zniknęła. Uchodźcy? Spotkałam kilka rodzin koczujących z całym dobytkiem na dworcu w Atenach. Jakieś transparenty w stylu „Wspieramy uchodźców”. I kilka osób, jadących z nami pociągiem do Salonik. I jeśli chodzi o to, co widziałam na własne oczy, to tyle. Kryzys? Ceny poszybowały w górę, upadło wiele firm, zlikwidowano kilka linii komunikacji miejskiej. Ale życie toczy się dalej.

Jak wygląda codzienne życie na miejscu?

Pomimo tego, że Saloniki to duże miasto, życie toczy się tutaj w zwolnionym tempie. Grecy są bardzo sympatyczni, nie przejmują się zbytnio otaczającą rzeczywistością, nie szukają problemów tam, gdzie ich nie ma. Bardzo chętnie spędzają czas w kawiarniach i tawernach w towarzystwie znajomych, często grając przy okazji w gry planszowe. Główne części miasta, takie jak Kamara i Plac Arystotelesa nigdy nie śpią.

To, co sprawiło nam, obcokrajowcom największy problem, to dostosowanie się do panujących tu reguł. Otóż w Grecji zasad nie ma, ale jeżeli już są, to absurdalne i restrykcyjnie przestrzegane. Przejść przez ulicę można zasadniczo w każdym miejscu, jeżeli jednak zdecydujesz się na przejście dla pieszych to uważaj, bo bezpieczniej jest przechodzić na czerwonym niż na zielonym świetle. Kultura jazdy w Grecji pozostawia wiele do życzenia, tak samo jak sposób i dobór miejsca parkowania. A jazda komunikacją miejską przez zawsze zakorkowane miasto potrafi być prawdziwą przygodą – tak, tak, metro budują tutaj już od kilkunastu lat. Ciężko było przyzwyczaić się do tutejszych niuansów, ale teraz, po ponad dwóch miesiącach tutaj mogę śmiało powiedzieć, że to jednak bardzo sympatyczne miejsce. Specyficzne wręcz.

Jak Ci się podobają pomysły, które chce wprowadzić partia rządząca?

Na temat likwidacji gimnazjów się nie wypowiem, bo cel naszej rozmowy jest inny. Jeżeli zaś chodzi o likwidację systemu bolońskiego to nie, nie podoba mi się to ani trochę. Dzieki systemowi bolońskiemu jako studenci mamy zwiększoną mobilność, co daje nam więcej możliwości. Licencjat możesz zdobyć na jednej uczelni, studia magisterskie natomiast na innej uczelni i już innym kierunku. Nie jesteś „przywiązany” przez 5 lat do jednej uczelni i jednego kierunku (nie wyobrażam sobie tego, chyba bym zwariowała). Słyszałam argument, że za sprawą możliwości zmiany kierunku studiów, absolwenci nie są przygotowani do podjęcia pracy, bo rzekomo nie mają wystarczającej wiedzy. Sorry, likwidacja systemu bolońskiego nic nie wniesie, jeżeli najpierw nie wprowadzi się gruntownej zmiany w programach studiów i nie upraktyczni wszystkich (podkreślam jeszcze raz – wszystkich!) kierunków. Zresztą przecież nikt nikomu nie broni kontynuować tego samego kierunku na studiach magisterskich. A jeśli ktoś będzie miał w głębokim poważaniu naukę, to choćby studiował jeden kierunek przez 10 lat, to i tak nic z tego nie wyniesie.

Likwidacja systemu bolońskiego pociągnie za sobą likwidację programu Erasmus, jako że to program mobilności studentów. Koniec studiów w systemie 3+2 = koniec kochanego przez studentów Erasmusa, koniec beztroskich imprez i półrocznych wczasów za granicą finansowanych przez UE. Hmmm, a czy Państwo tam na wysokich stołkach na górze chociaż raz uczestniczyli w Erasmusie? Otrzymywali dofinansowanie? Próbowali się za to utrzymać za granicą? Gdyby tak, to wiedzieliby, że grant nie pokrywa wszystkich kosztów utrzymania za granicą, nie mówiąc już o rozrywkach czysto hedonistycznych. Uboższych studentów nie stać na Erasmusa. Jeśli już pojadą, to w przypadku braku innego źródła finansowania, zmuszeni są liczyć każdego wydawanego centa, a wielkie erasmusowe imprezy nawet im do głowy nie przychodzą, bo martwią się o to, jak przetrwać do końca wymiany! Ale nie rezygnują bo wiedzą, że to ich życiowa szansa. Są osoby, które znają wartość Erasmusa. Nie wrzucajmy ich do jednego worka z dziećmi bogatych rodziców zostawiających setki euro w nocnych klubach.

Żadne studia nie nauczą tyle, co Erasmus. Nie krzywdźcie wszystkich Erasmusów patrząc na nich przez pryzmat imprezowiczów. Program Erasmus jest dla ludzi myślących. Tak jak rządzenie państwem. Nie każdy musi być Erasmusem, tak jak nie każdy musi być politykiem.

Do wszystkich, którzy takie chore zmiany proponują, apeluję – jeśli w ogóle macie mózgi, zacznijcie ich używać! Nawet w średniowieczu studenci byli bardziej mobilni, niż w waszych wizjach (popatrzcie na ważne ośrodki uniwersyteckie: UJ, Oksford, Cambridge, Bolonię, Padwę – kto chciał zdobyć wykształcenie, musiał studiować daleko, na najlepszych uniwersytetach). Sytuacja w Polsce się zmieni, oczywiście że młodzi ludzie i wszyscy emigranci wrócą… ale po resztę rzeczy!

Greek style. You will never understand. ;)Video by IGOR

Opublikowany przez Bielecki.es na 4 grudnia 2015

 

 

O Autorze

Cieszę się, że dotarłeś do tego miejsca. Liczę, że powyższy wpis Ci się spodobał. Jeśli tak, to uczyń mi ten zaszczyt oraz przyjemność - polajkuj, skomentuj lub udostępnij powyższy tekst. Bardzo łasy jestem na takie pochlebstwa. To one sprawiają, że mam więcej energii by sprawić Ci dobrze tym, co robię. Twoje niewinne kliknięcie sprawi, że więcej dobrych ludzi trafi do tego miejsca. Dla Ciebie to małe kliknięcie, dla mnie duża szansa. To jak będzie, pomożesz mi?

Podobne Posty

  • Homoturisticus.pl

    Nieobiektywny, dziękuję za współpracę. Mam nadzieję, że na tym nie koniec :)

    • Ależ oczywiście, że to nie koniec. Współpraca trwa przecież od dawna. ;)

  • Gosia Król

    Moim zdaniem za dużo jest uczelni i chodzi mi przede wszystkim o prywatne pseudouczelnie, gdzie uzyskanie tytułu to kupienie dyplomu na raty, bo płaci się czesne, a nauki praktycznie nie ma, i na takich studiach czy się stoi czy się leży, dyplom się należy. Zresztą na państwowych uczelniach na wielu kierunkach też to tak już wygląda. Poziom leci w dół, a jak studentów jest coraz mniej, to powinien właśnie rosnąć.

    • Fakt namnożyło się malutkich uczelni i wydziałów zamiejscowych, które „wynajmują” wykładowców i mnożą absolwentów. Często, gęsto odbierając uczelniom pracującym na wysokim poziomie potencjalnych studentów oferując niższe koszty.

      • Nina Kurzyna

        Bo to jest proste zapłącisz za studia to je skończysz. A te na wysokim już poziomie nie pozwolą sobie na wypuszczenie ze swoich bram z papierkiem tzw debila.

        • Ciekawe jak by było, gdyby nawet płatne studia nie dawały z automatu (na niektórych uczelniach) tytułu magistra bez adekwatnego to tego stopnia wkładu pracy.

          • Nina Kurzyna

            ale tak nie będzie, jak to mówią płacisz – wymagasz.

          • Nie ten kraj, nie ta mentalność. :/

  • Kasia Kruk

    Zmorą szkolnictwa wyższego jest mit, że każdy nadaje się do studiów. Studia muszą być elitarne dla
    utalentowanych. Dziś nie ma żadnej selekcji. Poziom studiów skutecznie dobija proceder oceny pracowników naukowych przez leniwych i wygodnych studentów, bez zainteresowań i ambicji zdobywania wiedzy.

    • Tu myślę działa wiele czynników i zmiennych. Niektórzy myślą, że studia są dla każdego, bez względu na to jakie wyniki mieli na maturze. Niska liczba potencjalnych kandydatów sprawia dodatkowo, że większość uczelni przyjmie każdego w swoje ramiona, kto do nich przyjdzie. Nie patrzą na wyniki z jakimi przychodzą, a te potrafią być naprawdę niskie. Często także wpływ na określone studia po maturze mają rodzice i ich wybujałe lub chore ambicje, własne nie spełnione cele.

      • Nina Kurzyna

        No ale z drugiej strony to ludzie mają zostać bez wykształcenia? Kiedyś przynajmniej były zawodówki. Teraz żeby dostać jakąkolwiek prace patrzą czy masz skończone studia. Co do uczelni to jest chory system – bo przyjmują wszystkich ponieważ oni dostają później pieniądzę od Państwa za takiego studenta. Myślę że pojęcie studia nabrało by nowego znaczenia, gdyby były one płatne ta jak w UK czy USA. To rarytas, nie dla wszystkich, ale przynajmniej tam też szanse na normalną pracę mają ludzię bez nich.

        • Nina po reformie oświaty, gdzie pojawiło się 3-letnie gimnazjum i liceum wszyscy zapomnieli o technikach i zawodówkach. Szkoły te przeżyły drastyczny odpływ uczniów, wiele z nich zamknięto. Absolwenci liceów zalali uczelnie i na rynku pojawiła się nadwyżka licencjatów i magistrów. W tym samym czasie na rynku zabrakło ludzi z wykształceniem technicznym i zawodowym, które także nie wyklucza w dalszym okresie czasu studiów. Dziś to właśnie one przeżywają

          oblężenie, a licea mają problemy z naborem.

          • Nina Kurzyna

            Może czas wrócić do zawodówek?

          • Nie „może” tylko ten czas już jest od kilku lat.

          • Nina Kurzyna

            Sama gdybym wiedziała że będę mieć całe gie po LO poszłabym po Technikum. Aczkolwiek u mnie w mieście przyjeło się tak że to Zawodówy idą sami.. hm, deblie ;)

          • Tyle że ci przysłowiowi debile z „zetki” oraz technikum po ukończeniu szkoły mają zawód, a po LO tak naprawdę nie ma nic, czym można by się pochwalić przed potencjalnym pracodawcą.

    • Nina Kurzyna

      Nie prawda, nie każdy się nadaje np na studia techniczne – bo wymagają one więcej niż licencjat..(oczywiście nie na wszystkich kierunkach, bo kłaniam się do prawinków i medyków) Mnie rozśmieszają kierunki jakie powstają po to by zwabić studenta na uczelnie. Uważam, że są uczelnie i ludzie przede wszystkim którzy idą na studia pod presją pasji.

      • Licencjat to także studia. ;) Co do kierunków dla kilkunastu osób rozumiem gdy jest to bardzo wąska i specyficzna oferta skierowana do ściśle określonej grupy prowadzona przez ośrodek naukowy najwyższego szczebla, z sukcesami na arenie międzynarodowej. Tworzenie takich kierunków tylko po to, by przyciągnąć studenta wiąże się z tym, że za nim idą do uczelni pieniądze.

        • Nina Kurzyna

          Tak ale studia inżyniersie wymagają więcej niż licencjackie na co poniektórych kierunkach. Aczkolwiek jeżeli ktoś się chce czegoś nauczyć to nie będzie potrzebował do tego super hiper nadzwyczajnych profesorów. Po kij tworzyć jakieś kierunki z dupy po których i tak się nic nie ma?

          • Jest multum zmiennych, jakie wpływają na poziom edukacji. Zwłaszcza na studiach. Baza uczelni, kadra, podejście studentów, perspektywy na przyszłość. Niestety nie ma jednoznacznej i 100% trafnej recepty na to, co się dzieje na polskich uczelniach.

  • Karolina Niezgoda

    Poziom jaki prezentują wykładowcy na wielu uczelniach jest taki, że trudno pod ich okiem wykształcić kogokolwiek. Kiedyś rzemieślnik posiadający papiery mistrza lub czeladnika z danej branży wiedział więcej niż dziś niejeden doktor czy profesor.

    • Homoturisticus.pl

      Dokładnie, jak patrzę na poziom prowadzenia niektórych zajęć, to nóż się w kieszeni otwiera. Nie ma się co dziwić, że uczelnie kształcą idiotów (tak, świadomie użyłam tego słowa), skoro wykładowcy niczego od nich nie wymagają. A jeśli już ktoś wymaga, to jest wrogiem publicznym numer jeden, bo zaburza studentom harmonię nicnierobienia i opie***lania się.

      • Mamy wspólną uczelnię i dobrze wiesz jak jest z prowadzącymi. Przychodzi po kilka osób na wykład, do innych przychodzi większość roku. Lecz tu trzeba rozdzielić ten temat. Do jednej części wykładowców chodzą bo mają charyzmę, wiedzę, potrafią wejść w dyskusję ze studentem. Do pozostałej chodzi większość, bo co wykład jest lista obecności. Lecz to drugie rozwiązanie wymusza chodzenie na wygłady, a nie zachęca do tego przez pobudzanie ciekawości i głodu wiedzy.

      • Karolina Niezgoda

        Ktoś, kto wymaga od studentów pracy zazwyczaj jest wyklinany, Niestety system edukacji buduje w młodym człowieku postawę roszczeniową – ja nic nie muszę, mam mieć to podane na tacy!!!

    • Nina Kurzyna

      Poziom jaki reprezentują wykładowcy uważam że zależy od podejścia studentów.

      • Homoturisticus.pl

        A podejście studentów zależy od podejścia wykładowców… I mamy błędne koło. O absurdach polskiego systemu szkolnicwa można książkę napisąć. Wielotomową.

        • Nina Kurzyna

          No ale kurde, po co idziesz na dany kierunek? Bo chcesz? Interesuje Cię to? czy raczej ze względu na tytuł, rodziców, wieksze pieniądze po? Nie wyobrażam sobie pójść na Prawo bo jest możliwość zarobienia dobrej kasy, albo na AWF bo chce moja matka. Zostałam na Lotnictwie i jest mi dobrze. Bo oczekuje nie pójścia do pracy z przymusu, tylko z przyjemności. I tu zaczyna się uprzykszanie sobie życia. Studenci wykładowcom i na odwrót.. Więc jako że to studenci wybierają kierunek na którym chcą uzyskać wyższe wykształcenie węc to w większości zależy od nich. Od ich podejścia.

          • Homoturisticus

            Ja poszłam akurat na ten kierunek, bo chciałam, tej decyzji absolutnie nie żałuję. I wiem, o co chodzi, kiedy mówisz o lotnictwie. Ale wiesz, co miałam na myśli mówiąc o wykładowcach, którzy sprawiaja, że „odechciewa się chcieć”? Przychodzisz na studia z zapałem, mnóstwem planów, pomysłami na wykorzystanie tego, o czym się uczysz. I nagle na Twojej drodze staje ktoś, kto obrzydza Ci wszystko- studia, naukę, kierunek. Chcesz nauczyć się czegoś więcej, okazujesz zainteresowanie i co? Zostajesz zdeptana jak pet w popielniczce, bo chcesz za dużo. Bo odbiegasz od standardów nicnierobienia. Bo na uczelni 80% wykładowców przyjęło olewczy stosunek do wszystkiego. I mniej więcej tyle samo studentów przyszło tylko po papierek. Dlatego ciągle sa spięcia między tymi, co chcą działać i tymi, którzy nie dość że sami nic nie robią, to jeszcze ograniczają innych.

          • Nina Kurzyna

            Hm, też mam taką postać która obrzydziła mi te trzy rzeczy. Aczkolwiek inteligentnie z tym walczę. ;) Pewnie dlatego że u mnie jest mniej studentów niż gdziekolwiek – nikt nikogo nie ogranicza. My jako studenci cywilni staramy się wycisnąć 2x więcej, ponieważ to uczelnia także wojskowa.

          • Homoturisticus

            Otóż to, trzeba po prostu robić swoje, nie zważając na innych ;)

          • Oj było kilka takich osób, które potrafiły uprzykrzyć życie uczelniane i to bardzo mocno.

          • Nina Kurzyna

            W Twoim przypadku to było dawno i nie prawda.

          • Wcale nie tak dawno ;)

      • Sam studiując przekonałem się, że byli wykładowcy, do których przychodziło po kilka osób na wykład, ale byli też tacy, do których aula to było mało. Wykładowca bez charakteru i pasji nie zatrzyma przy sobie studentów.

  • Anita Kłos

    Gdyby studenci musieli płacić za studia i mogli wybierać kursy/prowadzących, byłby to doskonały dobry miernik jakości pracy wykładowców, wybierali by tylko te osoby, które mają odpowiednie podejście do studentów. Niestety coraz więcej studentów już wie, że dyplom nic nie daje,ważniejsza jest realna wiedza i umiejętności.

    • Chyba jeszcze długo u nas to nie nastąpi. Uczelnie mają zbyt wiele miejsc do obsadzenia i zbyt dużo pieniędzy do stracenia – by ograniczyć nabory. Inteligentny i zapobiegliwy student już w czasie studiów poszukuje praktyk i starzy, które zwiększają jego wartość w oczach potencjalnego pracodawcy.

      • Anita Kłos

        Co kraj to obyczaj, co kraj to również studenci. Niestety!

  • Kasia Kamińska

    Gratuluję arcyciekawego tekstu!

    • Gratulacje należą się „werdnej Aśce” vel Homoturisticus, to ona tak naprawdę stworzyła tego molocha na prawie 3000 słów. ;)

      • Homoturisticus

        To dopiero początek! :D

  • Justyna Kapuśniak

    Tu nie chodzi o sam „dyplom”, ale o zdobywanie umiejętności, wiedzy i doświadczenia!
    Prawdę mówiąc uczelnia daje lepiej lub gorzej przygotowane „minimum” do zdobycia wykształcenia w zawodzie, a często jest tak, że resztę trzeba sobie samemu zorganizować.
    Mieć szersze spojrzenie niż wykłady, ćwiczenia, egzaminy, kolokwia i ćwiczenia!
    Często czy uczelnie czy inne podmioty organizują szkolenia, są tworzone projekty, jest wolontariat sportowy, kulturalny, są koła naukowe! Dzięki tej „drugiej edukacji” można wyciągnąć o wiele więcej ze studiów i stworzyć bogatą ofertę swoich umiejętności.

    Jest małe światełko w tunelu- niektórzy pracownicy akademiccy się starają, próbują wprowadzić praktyczną naukę. Doceńmy ich! Ich pracę, wysiłek, starania!
    To oni wprowadzają szansę na lepsze jutro w naszej przyszłej ścieżce zawodowej!

    Jedno mnie jednak boli jak patrzę na moich rówieśników, brak zaangażowania, pomimo możliwości ciekawszych, praktyczniejszych zajęć, wybierają nudne, łatwiejsze zajęcia, bo wystarczy „przesiedzieć” i nie trzeba się angażować.

    Angażujmy się, bo robimy to DLA SIEBIE!

    I mając marzenia, np. o ekstra prace czy to w turystyce, czy w bankowości czy w telewizji PAMIĘTAJMY:

    Marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia:)

    • Homoturisticus

      Oczywiście że tak, nie można wrzucać wszystkich do jednego worka, dlatego ten wpis jest tendencyjny ;) Być może innym razem powstanie tendencyjny wpis o tych super aspektach, a jest ich wiele. Są też (choć rzadko) super pozytywni prowadzący, którzy są kreatywni, wspierają i angażują się w działalność studentów. Też takich znam i m.in. im zawdzięczam to, co dotąd osiągnęłam. Nie mówię, że wszyscy są źli. Wybrałam tutaj swoje negatywne wspomnienia dotyczące uczelni i o nich pisałam z tego powodu, że w Grecji zobaczyłam coś zupełnie innego.

      Zresztą zawsze wychodzę z założenia – umiesz liczyć, licz na siebie! Bo każdy z nas jest panem swojego życia i sam musi się o swoją przyszłość zatroszczyć.

    • Cieszę się Justyna, że Cię tu widzę oraz, że dokładasz swoją cegiełkę do dyskusji.

      A propos słów, które napisałaś – „Angażujmy się, bo robimy to DLA SIEBIE!” W czwartek byłem na UMCS-ie na wykładzie Michała Szafrańskiego – autora bloga „Jak zarabiać pieniądze”. Była to część cyklu #JOPlive – Jak zostać finansowym ninja? Michał wielokrotnie podkreślał, że każda inwestycja we własny rozwój procentuje w przyszłości. Niedługo na blogu będzie kilka słów więcej o tym spotkaniu. ;)

  • Ten post powinno się dawać do przeczytania każdemu potemcjalnemu studentowi, który wybiera kierunek tylko po to, żeby wypełnić sobie czas i być na utrzymaniu rodziców. Kiedyś pisałam u siebie, że cieszę się, że nie poszłam na studia. Podtrzymuję tę tezę. Na studia powinni iść tylko Ci ludzie, którzy mają pomysł na siebie i jest to przedłużenie ich pasji, bo w przeciwnym razie te wszystkie lata studiowania nie mają najmniejszego sensu.

  • Paradoksem jest to, co potwierdza słowa Asi, że po powrocie do Polski trzeba ,,na nowo” zaliczać semestr. W Erasmusie nie brałyśmy udziału, ale z naszej grupy na studiach licencjackich pojechało kilka osób i…co się okazało? Program się nie pokrywał, muszą zaliczać na nowo… I praktycznie w miesiąc mieli opanować materiał całego półrocza. Niemniej jednak, taki półroczny wyjazd to z pewnością ogromna zaleta, jeśli chodzi o szlifowanie zdolności językowych.

    • Homoturisticus

      Nie tylko jeśli chodzi o zdolności językowe :) Erasmus uczy życia i to lekcja, która jest bezcenna, jedyna w swoim rodzaju i niepowtarzalna. Naprawdę warto zmierzyć się z tym wyzwaniem! Szkoda tylko, że tak mało osób docenia wartość Erasmusa, a sam ten program został spłycony w stereotypach do beztroskiej, niekończącej się imprezy za unijne pieniądze. No i że najwięcej do powiedzenia na ten temat mają osoby, które w Erasmusie nigdy nie brały udziału…

    • Taki wyjazd to duże plusy zwłaszcza jeśli chodzi o język, gorzej z polską uczelnianą mentalnością.